Posełki. Osiem pierwszych kobiet

nominacja jury i internautów
Autor: Olga Wiechnik
Wydawnictwo: Poznańskie
Data wydania: 2019-04-03
Kategoria: W rolach głównych
ISBN: 978-83-7976-097-8
Ilość stron: 350

„Wszyscy wokół albo oszuści, albo komedianci, albo ludzie bezdennie słabi. Ja miotam się bezsilnie, bo oczywiście „babie” nie pozwoli przecież nikt z tych mężów stanu polityki prowadzić, a tymczasem wierzcie mi, że my byśmy tę politykę o całe niebo dalej i lepiej prowadziły niż oni!" – pisała w 1916 r. do męża Zofia Moraczewska.

 

100 lat temu Polki wywalczyły sobie prawa wyborcze. Do Sejmu Ustawodawczego, który miał na nowo określić sposób funkcjonowania państwa polskiego po odzyskaniu niepodległości, weszło 442 mężczyzn i 8 kobiet – była wśród nich Moraczewska. Nazywano je posełkami albo posełkiniami, czasem poślicami. Wywodziły się z różnych środowisk, ale – często wbrew swoim partiom – działały wspólnie w sprawach, które uważały za ważne: sprawach kobiet.

 

Nie mają swoich ulic, nie mają pomników, nie uczy się o nich w szkołach. Kim były posełki, o co walczyły i jaki poniosły koszt tej walki?

 

Fragment książki:

 

Zofię do kandydowania namawia Daszyński. Obawia się, że wygra prawica, a Moraczewska jest wśród kobiet znana, może lewicy bardzo pomóc. Ale zanim Zofia zdecyduje się wziąć udział w wyborach, musi sprawdzić ceny wołowiny.

 

Jej posłowanie wiązałoby się z przeprowadzką, a to wpły­nie na życie całej rodziny. Bierze kartkę, przedziela ją równą linią na pół. U góry pisze „Przeniesienie do Królestwa”.

 

Za:

Jesteśmy razem. Finansowo lepiej. Praca moja w sejmie (rozwija ten argument na dwa podpunkty: „a. moja satysfakcja”, „b. znaczenie dla ogółu kobiet”).

 

Przeciw:

Dzieci muszą zmienić szkołę. Mam dla nich mniej czasu. Trudności z przeprowadzką.

 

Oblicza skrupulatnie. Porównuje ceny opału, światła, szkoły, nawet tramwaju. Wprawdzie wołowina w Królestwie jest droższa o 8 koron na kilogramie, ale już słonina i mąka są w Warszawie tańsze[1]. A dochody mieliby dwa razy większe.

 

Lękam się wyborów jak ciężkiej zmory, która wisi nad nami. Czuję, że się trzeba do nich brać, a taki mam wstręt przed tą namiętną, nieobliczalną walką, która chyba prześcignie wszystkie walki, jakie dotąd bywały![2], pisze Zofia do męża. Odbywają się wiece tak namiętne, że ludzie sobie skaczą do oczu i dochodzi do bójek publicznych. Irytuję się tym wszyst­kim bardzo, bo zapalczywość rośnie i w szale namiętności znika wszelka możliwość porozumienia.

 

Stawką w walce tym razem są także kobiety. W wielu re­jonach stanowią zdecydowaną większość wyborców[3]. Głu­pio byłoby z tego potencjału nie skorzystać. Ale politycy nie potrafią mówić do kobiet. Nawet ci z bardziej postępowych partii w ulotkach wyborczych zapominają, że nie wszystko jest rodzaju męskiego.

 

Nieźle radzą sobie przedstawiciele partii konserwatyw­nych – zwłaszcza ci w sutannach. Straszą komunistami – że zniosą małżeństwa i kobiety będą wspólne. Przeciętna wierna nie odróżnia socjalisty od komunisty (wierny zresztą też), słowa księdza są więc skuteczne. Kobiety chętniej za­głosują w wyborach na męskich kandydatów i częściej będą oddawały swoje głosy na listy prawicowe[4]. Zwłaszcza że za­raz po mszy pojawia się agitator, który wręcza wychodzącym z kościoła kartę do głosowania z odpowiednim numerem listy[5]. A że wciąż spora część społeczeństwa czytać i pisać nie potrafi[6], dobry agitator to ważna sprawa. Endecy i kle­rykali bajecznie agitują[7], komentuje Zofia w liście do męża.

 

Kobiety, które o prawa walczyły, wiedzą, że muszą pokazać, że potrafią z nich skorzystać.

 

„Biada polskiej kobiecie, wobec nadchodzących pokoleń, wobec historii, jeśli nie zrozumie ducha czasu, wołań przy­szłości i nie stanie na wysokości zadania wolnej obywatelki kraju – współtwórczyni wolnego czystego i jasnego życia!”, piszą redaktorki „Kobiety w Sejmie”, pisma Komitetu Wy­borczego Kobiet Postępowych[8].

 

Ulotki i odezwy zasypują ulice.

 

„Kobiety, przyszłość Wasza w ręku Waszym!”, krzyczy jedna z nich.

 

Inne wołają:

Panienko!

Koleżanko!

Towarzyszki Kobiety!

Albo: Kobiety Polki!

 

Ta ostatnia mówi też: „Każdy głos dany na listę narodową pod hasłem Bóg i Ojczyzna jest jak bagnet wymierzony prze­ciwko Żydom i nieprzyjaciołom Polski”[9].

 

Zofia nie chce takiej polityki. Decyduje się kandydować.

 

28 grudnia 1918 roku na wiecu kobiet mówi:

– Nadszedł czas na politykę czystych rąk i jasnych umysłów.

 

Nadszedł czas kobiet.

 

Ale żeby wejść do sejmu, najpierw muszą dostać się na listę.

 

W Warszawie pośród stu sześćdziesięciu pięciu kandyda­tów jest ich w sumie dwadzieścia dziewięć. (Najpełniejsze zachowane dane całościowe dotyczą wyborów do Sejmu I kadencji, a więc z 1922 roku – pośród wszystkich 6187 kan­dydatów do sejmu i senatu było wówczas tylko 130 kobiet)[10]. Dziesięć z nich wystawiają same kobiety. Nie udało im się stworzyć własnej partii – potrzeby i oczekiwania „inteli­gentek w kapeluszach” i „kobiet chustkowych”[11]były zbyt różne – ale tworzą własną listę. Na liście nr 13 Komitetu Wyborczego Centrum Kobiecego znalazły się zasłużone działaczki ruchu emancypacyjnego – na pierwszym miej­scu współzałożycielka królewieckiej Ligi Kobiet, Izabela

 

Moszczeńska-Rzepecka, na drugim Helena Ceysingerówna, krytyczka literacka i działaczka Ligi[12].

 

Mężczyźni na swoich listach najchętniej umieszczają ko­biety na końcu, gdzie szans na zwycięstwo i tak nie mają[13].

 

Udaje się pięciu z nich. Zofia Moraczewska, Gabriela Ba­licka, Irena Kosmowska, Jadwiga Dziubińska i Maria Mo­czydłowska spotkają się 10 lutego 1919 roku na pierwszym posiedzeniu Sejmu Ustawodawczego. Kolejne trzy – Zofia Sokolnicka, Franciszka Wilczkowiakowa i Anna Anastazja Piasecka – dołączą później, po wyborach uzupełniających w Wielkopolsce i na Pomorzu.

 

Kobiety z prawa głosu skorzystały masowo – w Warszawie po raz pierwszy w życiu oddało go prawie siedemdziesiąt procent uprawnionych, w Krakowie niemal osiemdziesiąt[14].

 

Niedziela 10 lutego 1919 roku to dla wszystkich wielki dzień. Sytuacja przerasta nawet Naczelnika.

 

– Panowie posłowie! – zaczyna. Robi to z przyzwyczajenia czy woli ich nie widzieć?

 

– Półtora wieku walk, półtora wieku marzeń[15].

 

Zofii to „panowie posłowie” chyba nie przeszkadza. Wpa­truje się w Marszałka, którego po raz pierwszy spotkała jesz­cze przed wojną w szwalni w Stryju. Przyjechał niezapowie­dziany sprawdzić, jak idzie szycie mundurów dla legionistów. Wtedy serce biło jej „jak tysiąc młotów”[16]. Teraz pewnie też.

 

„Stał chwilę bez słowa w swej błękitnej bluzie strzeleckiej – sam uosobienie błękitu…”, zapamiętuje[17].

 

Marszałek kończy:

 

– Życząc panom powodzenia w ich trudnej i odpowiedzial­nej pracy, ogłaszam pierwszy sejm wolnej i zjednoczonej Rzeczypospolitej Polskiej za otwarty!

 

Problem ma też prasa: „posełki”, „posełkinie”, „posłowie kobiecy”, może „poślice”?

 

Nie jest łatwo nazwać kogoś, kto jeszcze przed chwilą nie istniał.

 

[1]Notatki Zofii Moraczewskiej, BN, sygn. IV 11472, k. 63.

[2]List Zofii Moraczewskiej do Jędrzeja Moraczewskiego z 3 grudnia 1918 r.

[3]Np. w Warszawie 57,9%, w Krakowie 57,6%. Ludwik Hass, Aktywność wyborcza ko­biet w pierwszym dziesięcioleciu Drugiej Rzeczypospolitej [w:] Kobieta i świat polityki w niepodległej Polsce 1918–1939, red. Anna Żarnowska, Andrzej Szwarc, Warszawa 1996, s. 72.

[4]Por. Joanna Dufrat, Wstęp [w:] W służbie obozu marszałka Józefa Piłsudskiego. Zwią­zek Pracy Obywatelskiej Kobiet (1928–1939), Kraków-Wrocław 2013, s. 10.

[5]W wyborach do Sejmu Ustawodawczego głosować można było za pomocą własnej, przyniesionej z domu karty.

[6]Zofia Nałkowska w swoich Dziennikach o następnych wyborach napisze: „uczułam nagle sprawę na innej płaszczyźnie, że oto ten lud, wiadomy lud (ciemnota, ucisk, i tak dalej), który dotąd o nic zapytywany nie był, przychodzi oto tak w deszczowe jesienne rano wyrazić swoją wolę; przychodzą nawet kobiety – po błocie, po dalekich drogach – i też coś tam sobie myślą, jakieś mają wobec tych zagadnień stanowisko. Jest to sensacja naiwnego umilenia, łatwa i niedługo trwająca, doznawana tymi sa­mymi władzami, co dreszczyk dawnej, upajającej świadomości, że oto jest Polska, że jednak dane mi było dożyć… itd. I wreszcie nastaje gnuśna, ale istotna prawda niemiłego odkrycia rzeczy wiadomej: głosuje oto ciemny, głupi tłum, waży szale lo­sów w zależności od tego, kto pierwej przeniknął w te chałupy agitacją, kto głośniej krzyczał, lepiej zachwalił, kto drożej był zapłacony”. Zofia Nałkowska, Dzienniki 1918–1929, Warszawa 1980, s. 95.

[7]List Zofii Moraczewskiej do Jędrzeja Moraczewskiego z 7 grudnia 1918 r.

[8]„Kobieta w sejmie” 19 stycznia 1919, nr 2, s. 2.

[9]Kronika polityczna, „Nowa Gazeta”, 22 XII 1918, nr 542, s. 5.

[10]Michał Śliwa, Udział kobiet w wyborach i ich działalność parlamentarna [w:] Równe prawa i nierówne szanse, red. Anna Żarnowska, Andrzej Szwarc, Warszawa 2000, s. 51.

[11]Joanna Dufrat, Kobiety i polityka w II RP. Oczekiwania a rzeczywistość [referat wygło­szony na:] „Równouprawnienie polityczne kobiet w ujęciu porównawczym. W stule­cie uzyskania praw wyborczych kobiet w Polsce”, Instytut Historyczny Uniwersytetu Warszawskiego, 12 kwietnia 2018.

[12]Ta lista poniesie. Por. Ludwik Hass, Aktywność…, dz. cyt., s. 80.

[13]Mariola Kondracka, Posłanki…, dz. cyt., s. 77.

[14]Michał Śliwa, Udział kobiet…, s. 51.

[15]SSSU, pos. 1 z dnia 10 lutego 1919 r.

[16]Zofia Moraczewska, Nasz życiorys, dz. cyt., s. 6.

[17]Tamże, s. 15.

Patroni medialni
logo 1logo 2logo 3logo 4logo 5logo 6logo 7